Luźne tematy

Jestem kandydatem

Jak zwykle witam wszystkich!

Dziś chciałbym opowiedzieć wam jak próbowałem dostać się do Wojskowej Akademii Technicznej na studia oficerskie. Był to etap w moim życiu, który dał mi nieźle w kość, ale też wiele mnie nauczył. Zaczynamy!

Cofnijmy się do roku 2012.

Dowiedziałem się o Wojskowej Akademii Technicznej. Było to coś niesamowitego, postanowiłem, że właśnie tam pójdę na studia. Mój tata starał się mi w tym pomagać i był dumny z tego, że chciałem się tam dostać. Aby zrobić krok w stronę marzeń pojechałem z tatą na dni otwarte WATu. Uczelnia zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Tak właśnie zaczęła się moja droga, zaczęła się ona między 2/3 liceum.

Pierwszy krok.

Po zarejestrowaniu się jako kandydat musiałem w 2013 roku (na początku) przejść rozbudowane badania psychologiczne. Dostałem list z datą oraz miejscem w którym mam się stawić. Na miejscu przywitała mnie miła kobieta, która od razu zaprosiła mnie do sali i dała mi dużą ilość kartek. Na nich znajdowało się wiele testów, począwszy od testów z naszego ojczystego języka a na matematyce kończąc. Koniec końców dostałem kartki z testami psychologicznymi. Pytań było kilkaset i naprawdę nie chciało mi się tego czytać. Widząc, że każde pytanie jest tak sformułowane, że powinienem zaznaczyć TAK, to automatycznie wszystkie pytania właśnie tak zaznaczałem. Coś mnie podkusiło, abym wyrywkowo sprawdził pytania. Dobrze, że to zrobiłem… Co jakiś czas były pytania,na które musiałem odpowiedzieć NIE. Przykład? „Czy chciałbyś dziś kogoś zabić” lub „Czy będziesz bił swoje dzieci”. Widząc takie pytania i moje odpowiedzi momentalnie wziąłem gumkę i zmieniłem odpowiedź na poprawną. Wtedy zrozumiałem, że nie jest to pierwszy lepszy test psychologiczny. Ostatni test miał sprawdzić moją koordynację ruchową. Na współrzędnej X i Y na pewnej maszynie pojawiały się zapalone lampki, jak zauważyłem że lampka się świeci to miałem ją nacisnąć. Po pewnych kłopotach udało się! Wróciłem do domu i tak minął miesiąc…

Kolejny list.

Po około miesiącu dostałem kolejny list z prośbą o wstawieniu się na badania w Krakowie, a także o przybycie do siedzimy na czczo. Do Krakowa udało mi się pojechać z tatą, znów mi pomagał i jak zwykle we mnie wierzył. Najpierw musieliśmy podjechać do wielkiego budynku w którym dostaliśmy kartkę z lekarzami u których mamy się przebadać, a także kartę która ma być przez nich podbita. Tych lekarzy było 12. Nie chciałem jechać z tatą do Krakowa kolejny raz, dlatego chcieliśmy załatwić wszystko w jednym dniu. Pojechaliśmy do szpitala w którym znajdowali się Ci lekarze…

Walka.

Pierwszy z lekarzy pobierał krew, byłem tak długo na czczo, że czułem że padnę podczas badania. Stojąc w kolejce zagadałem do paru ludzi i zrozumiałem jak wiele ludzi chcę iść tam gdzie ja. Byłem ostatni w tej grupie, dziwiłem się bo nikt nie wychodził z gabinetu. Gdy wszedłem zobaczyłem wszystkich, którzy leżeli na ziemi i na łóżkach. Każdy zaliczył „zgona” którego zaraz miałem zaliczyć ja. Lekarka pobrała mi krew i momentalnie opadłem z sił, leżałem na łóżku z jakimś facetem i tylko się śmialiśmy jacy delikatni jesteśmy. Po chwili poczułem przypływ sił i postanowiłem wyprzedzić konkurencje i szybko udać się do kolejnych lekarzy.

Jeżeli chciałem przejść wszystkich lekarzy w jednym dniu, to wiedziałem, że muszę podejść do tego strategicznie. Sprawdziłem do jakich lekarzy jest największa kolejka, do której godziny pracują. Gdyby nie to, że tata stanął mi w kolejce do okulisty to prawdopodobnie nie udałoby mi się to, ale jednak, tak…udało się. Najbardziej zabawna sytuacja była z Ortopedą który na stole miał wódkę, a w buzi papierosa i po moim wejściu do gabinetu zapytał „Zdrowy Pan jesteś, kości zdrowe?” , na co ja odpowiadam „Tak”, on „Pan da karteczkę”. Tak wyglądała wizyta u ortopedy, każda osoba wychodziła z jego gabinetu po około minucie. Po zebraniu wszystkich wpisów udałem się do siedzimy. Oddałem kartkę z podpisami i wróciłem do domu. Minął kolejny miesiąc…

Ostatnie wezwanie.

Po miesiącu dostałem ostatni list z gratulacjami. W liście było napisane, że udało mi się przejść pozytywnie wszystkich lekarzy i zapraszają na rozmowę kwalifikacyjną oraz testy sprawnościowe do Warszawy. Znów tata wspomógł mnie, wziął wolne i pojechaliśmy o 2 w nocy do Warszawy. Na miejscu zobaczyłem tłum ludzi, wszedłem do środka i akurat zaczęli wywoływać moją grupę. Zobaczyłem parę facetów którzy mieli naprawdę dobrą posturę, a poza tym wielu kandydatów, którzy byli prosto mówiąc grubi. Jeden z oficerów kazał się nam przebrać, wziął nas na zabójczą rozgrzewkę i tak rozpoczęły się testy sprawnościowe.

Testy sprawnościowe.

Pierwszym testem było podciąganie. Przygotowywałem się do niego pół roku więc udało mi się zrobić 3 wynik w grupie, moje magiczne 10 podciągnięć. Wydaje się mało, ale było to dużo patrząc na to jaki rodzaj podciągania to był. Oficer za każdym powtórzeniem czekał aż przestaniemy się chwiać i jeżeli miał jakiekolwiek obiekcje co do podciągnięcia to nie zaliczał go. Skąd było wiadomo czy zaliczył czy nie?

Liczył na głos. Jeżeli nie wymówił kolejnej liczby to znaczy, że podciągnięcie było spalone. Jeden z facetów, którzy mieli dobrą posturę podszedł do drążka. Byłem pewny, że zrobi z 15-20 podciągnięć. Zaczął. Każde podciągnięcie szybkie, dynamiczne, ale coś mi nie pasowało. Naliczyłem 24 podciągnięcia, a oficer? Okrągłe zero. Nie wypowiedział żadnej liczby podczas podciągania. Oficer powiedział mu, że każde podciągnięcie które robił nie było do wyprostu i za każdym razem chwiał się kończąc powtórzenie. Po podciąganiu przeszliśmy do biegu na 50 metrów. Tu zaczęła się kpina. Startowaliśmy w dwójkach. Biegłem w parzę z facetem o imieniu Tomek, był lekko przy sobie. Wystartowaliśmy, byłem zadowolony bo miałem idealne wyjście z linii startu. Co się okazało na linii mety? Że Tomek był za mną około 10 metrów a miał o 2 sekundy lepszy czas ode mnie. Zgłosiłem to Oficerowi, na co on odpowiedział „Proszę siedzieć cicho, albo wyproszę Pana ze stadionu” (na stadion nie dało się wejść jeżeli jesteś cywilem, dlatego mój tata stał za bramą i na wszystko patrzył).

Ostatni test.

Ostatnią konkurencją był bieg na 1000 metrów. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie fakt, że puścili nas wszystkich w jednym biegu. START – powiedział oficer. Dałem się zamknąć jak na wielu zawodach… Poczułem się jak amator. Włączyłem drugi bieg, wyprzedziłem wszystkich i biegłem za bratem puszystego Tomka (tak się później okazało). Czułem, że nie jest amatorem. Po wyrównanej walce jednak wygrał brat Tomka. Cieszyłem się z biegu, bo przeciwnik był wart przyjechania. Koniec końców paru kandydatów było zakrwawionych bo na początku biegu ktoś podkładał im nogę i wszyscy runęli jak domek z kart. Po teście przebraliśmy się i poszliśmy na piętro.

Rozmowa kwalifikacyjna.

Była ona prowadzona przez oficerów, pytania były podchwytliwe, ale udało mi się dzięki NLP, nawiązałem z nim dobry kontakt. Po chwili nawet żalił mi się na swoją córkę, co nieco mu poradziłem i odwdzięczył mi się podpisem ,tak zaliczyłem tą rozmowę. Wychodząc widziałem dwóch chłopaków, którzy nie podciągnęli się ani razu i szli na rozmowę kwalifikacyjną. Jeżeli ktoś nie podciągnął się ani razu to nie mógł zdać testu – taka była zasad. Ale oni byli na rozmowie. Czemu? Przyszli z ojcami oficerami. To naprawdę mnie dobiło.

Koniec.

Po paru miesiącach dostałem list, w którym były podziękowania oraz prośba o startowanie do WATu za rok. W liście napisali, że gdybym miał dodatkowy punkt to bym się dostał. Co z tego, że wyliczyłem swoją ilość punktów i wychodziło o 10 więcej od minimum w którym brali na studia. Pisałem do nich e-mailowo ale odpowiedzieli, że jest to ostateczna decyzja.

Co zrozumiałem startując do WATu?

Zrozumiałem, że dobrze jest mieć marzenia, ale czasami podczas spełniania tego marzenia można dojść do wniosku, że jest ono nic nie warte. Tak było z WATem. Chciałem dostać się do tej elitarnej szkoły, ponieważ wiedziałem, że jest to zawód dla mnie. Uwielbiałem dużo od siebie wymagać. Po tym epizodzie mój pogląd na Wojsko Polskie tak bardzo się zmienił, że postanowiłem zostać Automatykiem. Nie żałuje tej decyzji, bo dziś mam naprawdę dużą wiedzę i kocham to czego się uczę, a także to co robię.

Ciesze się, że próbowałem bo dało mi to wiele doświadczenia i uświadomiło mi to co tak naprawdę chce robić w życiu. Mam nadzieję, że wyciągniecie wnioski z mojej historii 😉

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany.